Historia pewnej osoby

Poszłam wczoraj z mieszkania strasznie rano, bo tuż po siódmej, mając na uwadze nasze umówione spotkanie. Jak zwykle krzyknęłam do mamy z drzwi:  miłego dnia, pogłaskałam Herosa po pysku i wyszłam beztrosko z domu. Przechodząc już poboczem odniosłam jednak wrażenie jakby coś było inaczej niż zawsze. Sama nie wiedziałam dlaczego, ale owładnął mnie wewnętrzny niepokój, przebiegł dreszczyk po ramionach, ale brak widocznej różnicy w świetnie opanowanym krajobrazie ukoił mnie nieco. Kroczyłam więc po znanej trasie, ale już nie tak pewnie jak zwykle. Obok domu pana Tomka z transu wyciągnął mnie dźwięk spadającego zeszytu. Popatrzyłam za siebie, ale na chodniku nic nie leżało. Odruchowo zwróciłam jeszcze oczy na torebkę której zamek, ku mojemu zdziwieniu, okazał się być rozsunięty. Pomyślałam w duchu, że jest to niecodzienne, gdyż zwykle niesamowicie dokładnie zasuwam zamek. Jeszcze dziwniejsze było to, że w torbie nie było zeszytu do chemii. Odruchowo zaczęłam więc się cofać, wypatrując zagubionego podręcznika. Po paru krokach zobaczyłam swój notatnik w bardzo niecodziennej pozycji, wisiał bowiem na chodniku. Sprawiał wrażenie idealnie ułożonego tak, aby nie spadł na drogę. Z dużą ulga pobiegłam żeby czym prędzej go zabrać. Kiedy już prawie go chwyciłam, przybiegł rudy kundel, chwycił w pysk mój notatnik i pobiegł z nim w kierunku rzeki. Nie zastanawiając się ani momentu pobiegłam za nim krzycząc:  oddawaj zeszyt łobuzie zgubiłam go niestety przy gaju. Stanęłam zdezorientowana i zasmucona, starając się złapać oddech.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *